Z czym to się pije, czyli zwiedzanie Lech Browary Wielkopolska

Dzięki zaproszeniu Kompanii Piwowarskiej miałam nie tylko okazję do zobaczenia od kulis jak to jest z tym warzeniem piwa, ale też mogłam razem z jedzeniowymi znajomymi upichcić coś dobrego. Zacznijmy jednak od początku a jest on taki, że w sobotę było trzeba się zwleć z łóżka o nieludzkiem godzinie, by punkt o 11:00 uścisnąć rękę Szefa Kuchni Lumiere, Jakuba Kasprzaka. Po krótkim wstępie było trzeba zakasać rękawy i zająć się poważnymi rzeczami ;)

MyTuJemy, Taste of Poznań, Wygrywam z Anoreksją i JA (z chłopakiem, bo ktoś musiał trzeć chrzan na tarce do domowego majonezu). Każdy z nas miał swój przepis, który w pocie czoła ogarniał, by zdążyć na czas a później z zaproszonymi znajomymi wybrać się na oprowadzanie po Browarze ;)

Z racji tego, że byliśmy tam, gdzie piwo leje się strumieniami, każdy z nas miał do dyspozycji inny złocisty napój. Było ono dodatkiem, który miał wydobyć jeszcze więcej walorów smakowych dania, które przygotowywaliśmy. Przywykłam do tego, że alkohol był dodatkiem w szkle, które troche w inny sposób współgrało z jedzeniem. W kuchni też rzadko używam takiego uzupełnienia, więc było to dla mnie coś zupełnie innego, bo sami wiecie, zdarza mi się pichcić od czasu do czasu ;) 

Teraz czas na mnie i moją minę ;) Proszę ładnie czytać do końca, bo dzierżę w dłoni ciężki garnek i nie zawaham się go użyć :D

Jeśli mnie pamięć nie myli, nasz duet miał do dyspozycji ciemne piwo (Książęce Ciemne Łagodne), by wyciągnąć jeszcze bardziej smak roladki wołowej z majonezem chrzanowym. Gdyby nie Maciek i jego dżem z boczku, powiedziałabym, że zrobiliśmy najsmaczniejszą przystawkę. A co!

Zostawiamy gary i idziemy spacerować z przewodnikiem po zakamarkach Browaru.
Po pierwsze, sprawdzali nam dowody, bo na końcu czekała nas (oprócz jedzenia własnoręcznie zrobionych przekąsek), degustacja piwa i należy pamiętać, że zawsze trzeba mieć go ze sobą! Po drugie, zobaczycie chyba najbardziej uspokajający obrazek na świecie (ale to zaraz).

Warzelnia, rozlewnia, budynek filtracji, to tylko niektóre etapy oprowadzania. W każdej częście spędziliśmy kilka dłuższych chwil, by posłuchać ciekawostek przewodnika i móc samemu dokładnie przyjrzeć się poszczególnych fragmentom powstawania piwa. O samej historii Browaru możecie poczytać sobie tutaj ;)

Jeden z tych wieeeeeelkich odwróconych lejków (porównania kulinarne same przychodzą) był pusty i mogliśmy zajrzeć do środka. Nikt nie stracił równowagi i nie było trzeba nikogo ratować z opresji ;)
W warzelni łączy się zmielony słód z wodą i poddaje procesowi zacierania, czyli słód się rozpuszcza a pozostałości osadzają się jako młóto.

 

Później zobaczyliśmy bardzo dużo rurek. Jeśli mnie pamięć nie myli, to właśnie tutaj piwo leżakuje przez mniej więcej dwa tygodnie w 0’C, by ukształtował się do końca bukiet smakowo-zapachowy.

Niestety nie mam zdjęcia najlepszego pomieszczenia a była nim rozlewnia! Niby nic takiego, bo taśmy z butelkami, ale wierzcie na słowo, było to tak bardzo spokojna i hipnotyzująca czynność, że mogłam zgarnąć jakieś krzesełko i zwyczajnie patrzeć i patrzeć ;)

Nie miałabym okazji stawić czoła wyzwaniu kulinarnemu, przed którym mnie postawił sam Lech Browary Wielkopolski z Jakubem Kasprzakiem na czele oraz nie zobaczyłabym tej uspokajającej taśmy butelek, gdyby nie zaproszenie Kompanii Piwowarskiej. Dzięki i do zobaczenia! :) A jeśli sam chciałbyś wybrać się na podobną wycieczkę, wystarczy wypełnić formularz na stronie, znaleźć drobniaki w portfelu (6 zł bilet ulgowy, 12 zł bilet normalny) i można sprawdzać bimbę ;)